poniedziałek, 9 stycznia 2012
piątek, 23 grudnia 2011
Wesołych Świąt
Najlepsze życzenia z okazji
Świąt Bożego Narodzenia i Nowego Roku,
Świąt Bożego Narodzenia i Nowego Roku,
aby przyjście na świat Chrystusa
przyniosło ze sobą
przyniosło ze sobą
radość, pokój, nadzieję i miłość
środa, 21 grudnia 2011
Nie zabijajmy świąt
Piękną mamy jesień tego
grudnia. Tak w skrócie mógłbym skwitować pogodę, którą mamy za oknami.
Niestety synoptycy też nas nie rozpieszczają i straszą Wielkanocną pogodą w Boże Narodzenie. Mam nadzieję, że się
pomylą i z góry proszę o wybaczenie jeżeli ktoś zimy nie lubi.
Tyle, że śnieg nie jest najważniejszy dla tych świąt.
Niestety Święta Bożego
Narodzenia w XXI wieku są sprowadzane tylko do choinki, prezentów,
śniegu i Kevina w telewizji. Mówię o tym z żalem, gdyż nie
świadomie powoli je zabijamy. A warto byłoby zachować, zarówno
ich religijny jak i tradycyjny charakter. Pierwszy aspekt jest
najważniejszy. Przejawia się on nie tylko w sensu stricto obrzędach
religijnych, ale również w swego rodzaju oczyszczeniu duchowym. To
święto jest nie tylko symbolicznym narodzeniem Jezusa, ale również
Nowego Roku, czy naszej duszy. Kwestia tradycji wiąże się
natomiast z naszym pochodzeniem, dzięki temu możemy poznawać naszą
tożsamość i rozwijać naszą kulturę. To bardzo ważne
szczególnie w zglobalizowanym świecie, gdyż pozwala nam być
twórczą społecznością, a nie „małpować” wszystko co wymyślą specjaliści
od marketingu.
Boże Narodzenie to piękne
święto nie tylko dla chrześcijan. Ale dla wszystkich ludzi bez
względu, czy są wierzący, czy też nie. Najważniejsza jest bowiem
jego idea, która powinna nam w tym dniu przeświecać. Chodzi tu
przede wszystkim o pojednanie się z drugim człowiekiem, czy też o
zwykłą ludzką życzliwość. Co prawda tymi zasadami powinniśmy
się kierować na co dzień, jednak w minimalnym wymiarze wystarczy
jeżeli spróbujemy raz do roku. Prawdziwemu chrześcijaninowi nie
wypada zatem robić żadnych przykrości z tego powodu że w tym dniu świętuję.
Nie chcę tu nikogo
moralizować bo jestem ostatnią osobą która ma do tego prawo.
Chciałem tylko wyrazić swoją opinię w związku ze zbliżającymi
się świętami Bożego Narodzenia i życzyć wszystkim Zdrowych
Wesołych Świąt.
P.S.
Gdy skończyłem pisać
ten artykuł za oknem zrobiło się biało.
niedziela, 18 grudnia 2011
Duńczycy pokazali nam jak zwyciężać mamy
Takiego wybuchu euforii
jeszcze nie przeżyłem. Gdy rosyjski sędzia Władisław
Biezborodow, zakończył spotkanie pomiędzy Wisłą Kraków, a
Twente Enschede wydawało się że będzie to bardzo gorzkie
zwycięstwo. Wówczas spiker ogłosił, rezultat spotkania w Londynie
i była to najpiękniejsza wiadomość kończącego się dnia.
Gdyby ktoś rano 14
grudnia 2011 roku powiedział mi, że będzie to jeden z tych dni
który na długo zapamiętam uznałbym go za idiotę. Co prawda jego
punktem kulminacyjnym miał być mecz w Krakowie przy ulicy Reymonta
22. Początkowo miałem na niego nie jechać, gdyż nie najlepiej się
czułem, ale ostatecznie zdecydowałem wyruszyć na ostatni mecz
Wisełki w tym roku.
Przez cały niemal dzień
towarzyszyły mi dywagacje na temat przebiegu ostatniej kolejki
rozgrywek Ligi Europy w grupie K. Analizując wszystkie możliwe
scenariusze, sytuacja podopiecznych Kazimierza Moskala wydawała się
beznadziejna. „Biała Gwiazda” musiała wygrać z niepokonanym
Twente Enschede, natomiast Fulham Londyn musiało zremisować bądź
przegrać z najsłabsza ekipą grupy Odense BK. Serce mówiło, że
jest możliwe, jednak rozum dyktował zupełnie co innego i wcale nie
nawiązuje tu do pewnej reklamy w telewizji.
Gdy wszedłem na trybunę
cała buchalteria przestała mieć jakikolwiek sens. Liczył się
tylko mecz. Kibice wspaniałą oprawą i głośnym śpiewem stworzyli
niesamowitą atmosferę. Piłkarze zaś nie pozostawali dłużni i
niesieni dopingiem piętnastu tysięcy gardeł zgotowali znakomite
widowisko. Owocem tego była bramka w 11 minucie Łukasza Garguły.
Wówczas w Londynie był jeszcze remis i tym momencie w 1/16 finału
Ligi Europy była Wisła.
Fani „Białej Gwiazdy”
nawet na moment nie ustawali chóralnym śpiewie i z wiarą w
zwycięstwo dodawali otuchy w momencie, gdy Fulham prowadziło w
swoim spotkaniu 2:0. Gdy na pięć minut przed końcem pierwszej
części meczu zespół z Holandii wyrównał stan rywalizacji,
powoli zaczęło docierać do wszystkich, że z awansem możemy się
pożegnać. O ile wszyscy wierzy w nasze zwycięstwo, to mało kto
przypuszczał, że stan spotkania w Londynie będą w stanie wyrównać
duńczycy.
Iskierkę nadziei w
wiślackich sercach podtrzymał jeszcze Cwetan Genkow, który w
pierwszej minucie drugiej połowy, ponownie dał prowadzeni
gospodarzom. Gdy w 60 minucie trybuny obiegła wiadomość że Odense
zdobyło kontaktową bramkę. Telefony zaczęły pracować jeszcze
mocniej. Kilka minut później ktoś rzucił hasło 2:2, tyle że
sędzia bramki nie uznał. Wśród widowni dramat - tak blisko i
taki pech - To była ostatnia telefoniczna wiadomość, gdyż sieć
komórkowa nie wytrzymała natężenia. Wszyscy mogliśmy się poczuć
niemal jak w latach 70 – tych, odcięci od świata.
Sędzia odgwizduje koniec
meczu i trudno jesteśmy poza europejskimi pucharami. Wówczas
spiker ogłasza, że w doliczonym czasie gry Odense BK zremisowało.
Na trybunach wielka radość i karnawał. Jedni tańczą, drudzy
śpiewają, a jeszcze inni ze szczęścia płaczą. W duszy gorąco
to co było niemożliwe stało się faktem. Senegalczyk Baye Djiby
Fall, nazwisko tego piłkarza wszyscy zapamiętają na długo.
Po tym sukcesie wiele osób
zaczęło drwić z krakowskiego. Wszyscy mówili o wielkim szczęściu,
a jeszcze inni o tym, że jeżeli Polska reprezentacja będzie miała
tyle szczęścia co Wisła to zdobędzie Mistrzostwo
Europy. Ja patrzę na to nieco inaczej. Uważam, że zespół z ulicy
Reymonta sięgnął po nagrodę za grę do ostatniej minuty meczu.
Duńczycy dali nam też lekcje pokory. Gdy wszyscy uważali, że nie
mają o co grać, zagrali na 100 procent by sobie w tych rozgrywkach
coś udowodnić. I udowodnili, że nie są frajerami a
profesjonalistami, którzy swoją pracę traktują poważnie.
Jaki płynie z tego morał?
Gdyby działacze i piłkarze w zachodniej Europie mieli polską
mentalność dziś w Europejskich rozgrywkach z polskich klubów,
grałaby tylko Legia. Duńczycy pokazali nam dlaczego nasza piłka
jest na dnie. I niestety dopóki będziemy taki awans traktować jak
tylko łut szczęścia tzn że nie dorośliśmy jeszcze do tego by
zwyciężać.
(beniamin)
piątek, 2 grudnia 2011
Leczenie narkomana morfiną
Uzdrawianie polskiej piłki to chwytliwy temat w ostatnim czasie. Wszyscy jesteśmy lekarzami i wiemy jak pomóc PZPN -owi. Problem w tym, że chory leczyć się nie chce, na domiar złego uważa, że nic mu nie jest. Jak zatem wyleczyć 90 – letniego staruszka?
By do tego przystąpić trzeba postawić najpierw diagnozę. Póki co media eksperci i nasi parlamentarzyści uważają, że ma ona podłoże fizjologiczne i jedynym antidotum jest radykalna wymiana zarządu zmieni, a co bardziej radykalni mówią nawet o delegalizacji związku i powołaniu nowych struktur. Pytanie tylko czy ci nowi będą lepsi od tych starych? Zarządy wymieniamy od 20 lat i nic z tego nie wynika. Wielkie nadzieje pokładano w każdym z prezesów. Co prawda pan Kazimierz Górski w tej roli się nie skompromitował, ale smród po nie rozliczonej aferze korupcyjnej w ekstraklasie w 1992 roku ciągnął się jeszcze przez wiele lat. Późniejsi prezesi odchodzili w większej niesławie. Najpierw Marian Dziurowicz, któremu zarzucano nadużycia finansowe, a następnie Michał Liskiewicz, który przymykał oczy na korupcje w polskiej piłce. Teraz przyszedł czas na Grzegorza Late, jak widać po dwóch latach jego panowania wiele się nie zmieniło, zamiast sanacji mamy tragifarsę.
Ja ze swojej obserwacji śmiem przypuszczać, że diagnoza i lekarstwo, które krążą w naszych rodzimych mediach są błędne. Uważam, że ta choroba która opanował nasz futbol, ma podłoże psychiczne. Nasi kochani działacze są bowiem uzależnieni od publicznych pieniędzy. A właściwie ich bezmyślnego marnotrawienia. I nie tyczy się to tylko PZPN – u, ale również związków wojewódzkich, okręgowych oraz klubów sportowych. Nie jestem przeciwnikiem wydawania pieniędzy na sport wręcz przeciwnie uważam, że bez mecenatu państwa czy samorządu nie będzie się on należycie rozwijał. Problem w tym, że w Polsce pomimo sporych dotacji piłka nożna nadal kuleje.
Niestety podświadomie władze centralne, a przede wszystkim samorządowe, zamiast próbować pomóc działaczom piłkarskim, nadal uzależniają ich od marnotrawienia środków publicznych. To tak jakby narkomanowi w ramach leczenia od uzależnienia podawać morfinę. Musimy zatem znaleźć inne sposoby które pozwolą przywrócić normalność na naszym piłkarskim podwórku.
Jedną z nich byłby ustawowy zapis w myśl którego z pieniędzy publicznych mogłaby być finansowana tylko infrastruktura sportowa i sport młodzieżowy. To pozwoliłoby wpompować większą liczbę pieniędzy w sferę, która od lat jest niedofinansowana. Dziś niestety inwestuje się w dorosłych, którzy w rozwój sportowy naszej piłki niewiele wnoszą. Zdaję sobie sprawę że to nie uzdrowi naszego futbolu. Byłby to jednak mały krok w kierunku budowy systemu szkolenia młodzieży, którego nie mamy.
By do tego przystąpić trzeba postawić najpierw diagnozę. Póki co media eksperci i nasi parlamentarzyści uważają, że ma ona podłoże fizjologiczne i jedynym antidotum jest radykalna wymiana zarządu zmieni, a co bardziej radykalni mówią nawet o delegalizacji związku i powołaniu nowych struktur. Pytanie tylko czy ci nowi będą lepsi od tych starych? Zarządy wymieniamy od 20 lat i nic z tego nie wynika. Wielkie nadzieje pokładano w każdym z prezesów. Co prawda pan Kazimierz Górski w tej roli się nie skompromitował, ale smród po nie rozliczonej aferze korupcyjnej w ekstraklasie w 1992 roku ciągnął się jeszcze przez wiele lat. Późniejsi prezesi odchodzili w większej niesławie. Najpierw Marian Dziurowicz, któremu zarzucano nadużycia finansowe, a następnie Michał Liskiewicz, który przymykał oczy na korupcje w polskiej piłce. Teraz przyszedł czas na Grzegorza Late, jak widać po dwóch latach jego panowania wiele się nie zmieniło, zamiast sanacji mamy tragifarsę.
Ja ze swojej obserwacji śmiem przypuszczać, że diagnoza i lekarstwo, które krążą w naszych rodzimych mediach są błędne. Uważam, że ta choroba która opanował nasz futbol, ma podłoże psychiczne. Nasi kochani działacze są bowiem uzależnieni od publicznych pieniędzy. A właściwie ich bezmyślnego marnotrawienia. I nie tyczy się to tylko PZPN – u, ale również związków wojewódzkich, okręgowych oraz klubów sportowych. Nie jestem przeciwnikiem wydawania pieniędzy na sport wręcz przeciwnie uważam, że bez mecenatu państwa czy samorządu nie będzie się on należycie rozwijał. Problem w tym, że w Polsce pomimo sporych dotacji piłka nożna nadal kuleje.
Niestety podświadomie władze centralne, a przede wszystkim samorządowe, zamiast próbować pomóc działaczom piłkarskim, nadal uzależniają ich od marnotrawienia środków publicznych. To tak jakby narkomanowi w ramach leczenia od uzależnienia podawać morfinę. Musimy zatem znaleźć inne sposoby które pozwolą przywrócić normalność na naszym piłkarskim podwórku.
Jedną z nich byłby ustawowy zapis w myśl którego z pieniędzy publicznych mogłaby być finansowana tylko infrastruktura sportowa i sport młodzieżowy. To pozwoliłoby wpompować większą liczbę pieniędzy w sferę, która od lat jest niedofinansowana. Dziś niestety inwestuje się w dorosłych, którzy w rozwój sportowy naszej piłki niewiele wnoszą. Zdaję sobie sprawę że to nie uzdrowi naszego futbolu. Byłby to jednak mały krok w kierunku budowy systemu szkolenia młodzieży, którego nie mamy.
(beniamin)
Subskrybuj:
Posty (Atom)

